Feedback i feedforward – czyli czym karmimy pracowników? ( i potencjalnie innych ludzi wokół nas:-))

„Leadership is not something you do to people. It’s something you do with people. ”   Ken Blanchard

Czwartek 9.00. Zaczynam pierwszą część szkolenia „Odważne przywództwo” w ramach Akademii Leona Koźmińskiego.

Uwielbiam Brene Brown i jej wielki wkład w to, jak świat uczy się postrzegać odwagę, wrażliwość, kierowanie się wartościami. Odważne przywództwo to takie, w którym zmagamy się i radzimy sobie z własną wrażliwością, żyjemy i pracujemy w zgodzie z naszymi wartościami, budujemy zaufanie i wiarygodność dzięki rzetelnej ocenie i odwadze działania, oraz nakierowani jesteśmy na rozwój, ucząc się na porażkach i otwierając na nowe możliwości.  Ten rodzaj przywództwa jest transformacyjny, buduje synergię i współdziałanie.

Temat przewodni na dziś, to jak w ramach tych założeń udzielać pracownikom informacji zwrotnej tak, by była rzetelna, adekwatna do sytuacji i wnosiła realną wartość. Kiedy rozmawiamy o informacji zwrotnej, oczywiście pojawia się feedback. Pierwsze skojarzenie, jakie zawsze mam z feedbackiem i feedforwardem jest takie, że oba bazują na słowie „feed” – czyli karmić, żywić. Kluczowe jest zatem, że dając feedback robimy to w służbie innym, działamy na ich rzecz, umożliwiając im dokonanie prawidłowej oceny swych działań, by wzmacniali to, co działa, wprowadzając korektę tam, gdzie potrzeba zmiany – a dokonujemy tego na podstawie konkretnych faktów, zdarzeń, które już miały miejsce. Przy feedforward patrzymy w przyszłość, w to, co chcemy, by się wydarzyło, nakreślając pożądaną wizję i zasoby, jakimi dysponujemy, wraz z uważnością na potencjalne przeszkody. Tak czy inaczej, w obu przypadkach karmimy, dajemy realny wkład i wartość. Możliwość uczenia się i  samodoskonalenia, autorefleksja, pogłębiona świadomość zasobów i obszarów do rozwoju, oparcie w wartościach, zarys misji życiowej, otwarty potencjał –  czy mamy jasność, czym chcemy nakarmić pracowników i co chcemy dzięki temu wzmacniać? Jaką kulturę organizacji chcemy współtworzyć?

Jeżeli w ogóle lub rzadko komunikujemy z ludźmi, z pracownikami, to zamykamy szansę na rozwój i zmiany. Jeżeli rozmawiamy ale niekonkretnie, sypiąc utartymi frazesami albo nic nieznaczącymi ogólnikami, tracimy możliwość dotarcia do człowieka. Jeżeli skupiamy się na wynajdowaniu błędów, na podkreślaniu tego, co nie działa, to zasilamy negatywizm i opór. Z drugiej strony, jeżeli odważnie i rzetelnie komunikujemy, jak jest i czego chcemy, w oparciu o fakty i konkretne przykłady, to otwieramy pole do komunikacji. Jeżeli  pokazujemy swoją perspektywę na konkretne działania czy zachowania, pokazując jasno ich wagę i znaczenie, możemy zwiększyć zaangażowanie i motywację. Rozmawiając mamy szansę wspólnie uczyć się na błędach i wzrastać na zasobach, przytomnie szacować możliwości. Tak, wiem… jestem idealistką! Ale wierzę w ludzi, w potencjał i w to, że kiedy coś zmieniamy w swoim zachowaniu, działaniu czy traktowaniu innych, to co na zewnątrz też się zmienia. I możemy w ten sposób być autorami swojej historii, możemy w pracy tworzyć dobre warunki i wysoką kulturę organizacyjną.  Warto!

Czym jest współczucie dla siebie i czy potrafisz je sobie okazać?

Self-compassion, współczucie dla samej siebie / samego siebie, także samowspółczucie –  po wywiadzie z dr Kristin Neff, pionierką badań w tym obszarze, częściej o tym rodzaju współczucia myślę. (dziękuję Kasi Urbaniak za zaproszenie do tego wywiadu!)

Przypominam sobie, w jak wielu sesjach z moimi klientami wątek samowspółczucia okazał się kluczowy w ich pracy nad sobą, umożliwiając im przejście od ocen, krytyki, obwiniania się, karania, odcięcia od samych siebie, ignorowania trudnych przeżyć do objęcia swego doświadczenia, zrozumienia, zauważenia, wybaczenia, akceptacji, uznania siebie.  Przywołuję moment sprzed wielu lat, kiedy podczas kursu z Brene Brown po raz pierwszy świadomie przyjrzałam się mojemu współczuciu dla siebie, robiąc test  przygotowany przez Kristin, i jak ciężko było mi zobaczyć, że w zasadzie współczucia dla siebie mam bardzo niewiele. Odczuwanie i okazywanie go innym było i jest oczywiste, ale okazywanie go sobie już niekoniecznie 🙁  Test znajdziesz tutaj https://self-compassion.org/self-compassion-test/

Współczucie dla siebie na dobre zagościło w nurtach psychologicznych i terapeutycznych, badania potwierdzają bowiem, że stanowi niezbędną składową bycia dla siebie dobrą/ym, otaczania się właściwą opieką, dbania o siebie i swój dobrostan. W Polsce rozwija się między innymi dzięki książkom i kursom przygotowanym przez Kristin Neff,. Jak wspomniała w wywiadzie, znalazła się we właściwym miejscu we właściwym czasie i zainspirowana praktyką buddyjską wprowadziła koncepcję samowspółczucia na ścieżkę naukową.

Czym ten rodzaj współczucia jest i co znaczy? I czemu bywa tak trudny?

Samowspółczucie czyli self-compassion nie różni się od współczucia jako takiego – tyle tylko, że kierujemy je do siebie, względem swego trudnego doświadczenia, uczuć, przeżyć związanych z cierpieniem. Ten rodzaj współczucia ma 3 komponenty:   1. self-kindness czyli życzliwość/dobroć względem siebie: traktuję siebie tak ciepło, troskliwie, wyrozumiale i wspierająco jak innych ludzi; rezygnuję z osądzania i krytykowania siebie na rzecz dania sobie realnego wsparcia.   2. mindfulness czyli uważność: zauważamy co się z nami dzieje, świadomie uczestniczymy i nie odcinamy się od tu i teraz; szukamy wewnętrznej równowagi, nie tłumiąc niczego, ale też niczego nie wyolbrzymiając.   3. common humanity czyli wspólnotę człowieczeństwa: uświadamiam sobie, że moje stany, emocje, przeżycia są częścią ludzkiego świata, bo wszyscy jako ludzie mamy wzloty i upadki, wszyscy czasem doświadczamy cierpienia. Moje 'ja” jest wśród innych ludzi, moje cierpienie czy trudność wspólna z innymi – nie muszę być w izolacji, gdy cierpię, nie ma potrzeby tego ukrywać ani myśleć, że tylko mnie się to przytrafia.

Wiemy, że samowspółczucie znacząco wpływa między innymi na jakość życia, poczucie szczęścia, dobrostan, odporność psychiczną, radzenie sobie ze stresem i lękiem. Czemu zatem nie jest to dla nas czymś oczywistym, by sobie okazywać współczucie i być dla siebie takim, jakimi jesteśmy na przykład dla naszych bliskich?

Wydaje się, że główne powody to przyjęcie pewnych kulturowych i społecznych założeń oraz mylenie samowspółczucia z innymi nieadekwatnymi sposobami traktowania siebie. W tzw. świecie zachodnim kulturowo i społecznie przyjęte jest, że człowiek jako jednostka ma się rozwijać, dążyć do maksymalizacji swego potencjału, pracować nad ulepszaniem siebie i swego życia, odnosić sukcesy. Nie ma miejsca na porażki, trudności, ból, cierpienie – a jeśli się przydarzają, trzeba się jak najszybciej postawić na nogi i znów iść drogą do sukcesu i szczęścia. Czasem wygląda to tak, jakby cierpienie, żal, smutek itp.  były wstydliwe i nie miały racji bytu, a za wszelką cenę należy być szczęśliwym i spełnionym i taką twarz pokazywać na zewnątrz. Jeśli tak jest, to jako ludzie robimy wszystko, by nie czuć, kiedy trudno, kiedy boli, kiedy cierpimy – odcinamy się od tego, nie dając sobie szansy na uzyskanie współczucia. Co więcej, jeśli w ogóle je okazujemy, to innym ludziom, nie sobie – siebie trzymamy w ryzach. Żeby się nie rozsypać, nie być posądzonymi o egoizm, nie odkryć wrażliwego środka. Prawdopodobnie myślimy, że jeśli okażemy sobie współczucie, to będzie znaczyło, że się nad sobą użalamy, taplamy w cierpieniu, pogrążamy w dramacie, albo przestajemy czegokolwiek od siebie wymagać, pobłażając sobie, odpuszczając jakąkolwiek zdrową dyscyplinę wewnętrzną. Tymczasem litość i użalanie się, olewanie czy pobłażanie sobie, egoizm  nie mają nic wspólnego ze współczuciem.

Współczucie dla siebie to uświadomienie sobie tu i teraz, co się z nami i w nas dzieje i przyjęcie odpowiedzialności za siebie i swój stan. Zadanie sobie kluczowych pytań: Co czuję? Czego teraz potrzebuję? Co mogę zrobić, by zmniejszyć odczuwane cierpienie?  Jak mogę najlepiej zadbać o siebie w tym momencie? To znajdowanie równowagi w byciu dla siebie łagodnym i wyrozumiałym, a jednocześnie mobilizującym do zajęcia się sobą, otoczenia się opieką. Dla mnie oznacza to bardzo świadome i dojrzałe podejście do siebie i swoich potrzeb.

Dobra wiadomość jest taka, że możemy się współczucia dla siebie nauczyć, praktykować je i wzmacniać. Im więcej dobra, ciepła, miłości, tym więcej… dobra, ciepła i miłości 🙂 Im więcej współczucia dla siebie, tym dojrzalej zajmiesz się sobą i tym więcej z tych zasobów realnie dasz innym. 🙂

 

Czym jest i po co nam HALT

Uwielbiam wszelkie akronimy – proste, łatwe do zapamiętania, a tym samym zawsze dostępne, kiedy potrzebujemy przywołać jakieś informacje czy wiedzę. Pamiętam, kiedy opowiadałam o HALT podczas szkolenia, jakie prowadziłyśmy z Joanną Delbar dla dużej, międzynarodowej grupy CEOs. Wynikło to zupełnie spontanicznie i nie było w planach – a jednak okazało się dla grupy przydatne i ważne mimo swej wielkiej prostoty.

Angielskie słowo 'halt’  to nic innego jak stój, zatrzymaj się, zrób postój. Rozłożone na słowa zaczynające się na każdą z tworzących je liter dają nam kolejno: Hungry, Angry, Lonely, Tired.  Akronim ten pojawił się, by wspierać osoby uzależnione w wychodzeniu z nałogu i uczeniu się uważności na niebezpieczne dla nich stany, torujące zachowania nałogowe. Od długiego czasu korzystają z niego również osoby chcące świadomie kształtować swoje nawyki, doświadczające obniżonego nastroju, wypalenia, obniżonej energii, trudności w radzeniu sobie z emocjami. Cel to wspieranie naszego dobrostanu, uczenie się wpływania na swoje samopoczucie. Wszystkie opisane poniżej aspekty to część ludzkiego doświadczania życia, stanowiące sygnały alarmowe, że coś wymaga naszej uwagi i potrzebujemy się sobą adekwatnie zająć. Co więcej, możemy nie tylko adekwatnie reagować na nie, ale też im zapobiegać, zadbać o siebie zanim te symptomy się pojawią.

Hunger – głód –  dotyczy braku tego, co odżywcze i niezbędne do życia, zatem przede wszystkim płynów, pożywienia i powietrza. Wiąże się też z głodami emocjonalnymi, kiedy brak nam na przykład miłości czy osiągnięć.  Anger – złość – dotyczy zazwyczaj sytuacji, kiedy w naszym poczuciu naruszane są nasze granice, kiedy dzieje się coś, na co nie mamy zgody i co jest wbrew nam i naszym wartościom/przekonaniom.  Loneliness – samotność – dotyczy naszego poczucia izolacji, nie bycia wraz z innymi, odsunięcia i może ona być odczuwana zarówno wtedy, gdy jesteśmy rzeczywiście sami, jak i wtedy, gdy jesteśmy wśród innych ludzi. To stan, który zależy wyłącznie od naszego postrzegania siebie w danym momencie, a nie od rzeczywistej sytuacji.              Tiredness – zmęczenie – dotyczy naszej energii, zasobów, kiedy są one obniżone i niewystarczające, kiedy nasze ciało ma dość wysiłku, pracy, pośpiechu. Mamy zwyczajnie potrzebę snu, odpoczynku i regeneracji, a często to ignorujemy w natłoku spraw i aktywności.

HALT to przypomnienie, które mówi: 'Hej! Zatrzymaj się na chwilę. Daj uwagę sobie. Zauważ, jak się w tej chwili czujesz, co się z Tobą dzieje, jak czuje się Twoje ciało. Zapytaj siebie, czy doświadczasz teraz braku wody/jedzenia/powietrza? Czy jesteś pod wpływem silnych emocji, złości, wściekłości, gniewu? Czy doświadczasz osamotnienia/poczucia izolacji? Czy jesteś przemęczona/zmęczony/niewyspany? Jeśli tak, to jak możesz zająć się tym w dobry dla siebie sposób? Co w tym momencie będzie dla Ciebie dobre? Za czym tęsknisz w tej chwili?

Korzystam z HALT tak jak ze szczoteczki do zębów 🙂 kilka razy dziennie, dla higieny, dla zdrowia i dobrego samopoczucia. A kiedy nie zadbam o siebie we właściwym momencie, kiedy nie zauważę, że się zapędziłam w kozi róg albo zapomniałam pić wodę – zawsze jest ta chwila, kiedy mogę się zatrzymać i zrobić, co dobre dla mnie 🙂

Dlaczego w terapii i coachingu indywidualnym bazuję na pracy z ciałem

Your history becomes your biology. Takich słów użyła podczas webinaru Lavinia Plonka, specjalistka od metody Feldenkreisa.

Absolutnie się z nią zgadzam. Krótko i w punkt – nasza historia, nasze doświadczenia kształtują nasze fizyczne i emocjonalne aspekty, budując zarazem strukturę naszego ciała, tworząc połączenia neuronalne. Powstają w ten sposób wewnętrzne wzorce, które kształtują nas i nasze ciało, określają nasze zakresy i schematy ruchowe. One z kolei wpływają na nasze samopoczucie, na to, jak jesteśmy odbierani przez otoczenie, na to, co i jak robimy. Ciało nierozerwalnie połączone z umysłem, z naszym wnętrzem i przeżywaniem. Wzajemny wpływ ciała, umysłu, emocji ma wielkie znaczenie, co obserwuję w pracy z klientami i we mnie samej. Jesteśmy jako istoty całością, pewnym systemem, w którym wszystko jest połączone. Przy takim założeniu możemy przyjąć, że jeżeli zaczniemy pracę w jakimś miejscu, będzie to miało wpływ na całą resztę. Na przykład praca z wzorcami myślowymi i przekonaniami może przynieść widoczną zmianę w postawie naszego ciała, w brzmieniu głosu, czy w wyrazie twarzy. I odwrotnie – praca z oddechem, uważnością na sygnały płynące z ciała, z elastycznością czy stabilnością tegoż ciała otwiera w umyśle przestrzeń i nową świadomość. Dlatego w pracy terapeutycznej/coachingowej tak ważne jest dla mnie dawanie uwagi całemu człowiekowi, w pełni jego istnienia, we wszelkich przejawach życia, bez skupiania się wyłącznie na zasobach struktur poznawczych czy na zachowaniach i przeżytych doświadczeniach. Jesteśmy czym więcej i możemy plastycznie kształtować się na wielu poziomach. Myślę, że kluczowa jest równowaga w tym, na czym się skupiamy i z czego w sobie korzystamy. W obecnych czasach często jest tak, że nie znamy siebie od strony fizycznej, mamy mało wiedzy o sobie od strony funkcjonowania naszego ciała i tego, jak ukształtowane zostało przez naszą historię. Warto prowadzić pracę nad sobą równolegle w umyśle, emocjach i w ciele fizycznym, włączać ciało i oddech, uczyć się siebie. Im bardziej funkcjonujemy w sferze poznawczej, analitycznej, zadaniowej, tym bardziej potrzebujemy poznać i zaopiekować się swoim ciałem. Odpłaci nam z nawiązką za daną mu uwagę, bo wesprze nas w zmianie narracji na temat naszej historii i pozwoli zmodyfikować niekorzystne wzorce.

Jak dobrze zacząć dzień :-)

Jak dobrze zacząć dzień?

Przyznaję, że bardzo ale to bardzo lubię zaczynać od porannej kawy i książki 🙂 Ale często potem także od łagodnego ruchu, obudzenia ciała i rozciągania się, by puścić energię w ruch i rozpuścić napięcia.

Jako psycholog i coach nie wyobrażam sobie pracy z klientem bez uwzględnienia procesów, jakie zachodzą w ciele i zgłębiania historii, jaką mówi nasze ciało. Aspekt poznawczy i behawioralny w pracy terapeutycznej i coachingowej jest oczywiście niezbędny, ale nasze ciało i oddech są równie nieodzowne i zawsze dążę do tego, by klient uczył się się siebie również od tej strony, zauważając sygnały płynące z ciała, rozpoznając towarzyszące emocje, obserwując generowane wtedy myśli. Ciało wpływa na psyche i odwrotnie – psyche wpływa na ciało. Praca nad jednym przyniesie efekty również w tym drugim. dlatego to, jak dbamy o swoje ciało, jak je dotleniamy i jak z nim pracujemy,  ma olbrzymie znaczenie

Zaproszono mnie, bym się podzieliła swoim doświadczeniem i prowadziła takie zajęcia dla grup. Spotykam się regularnie z pracownikami firmy ALD, by od 7 rano dać uwagę ciału, oddechowi, pogłębić świadomość i pracować nad poszerzaniem mobilności, elastyczności i sprawności. Korzystam z mądrości jogi, z wiedzy o zdrowym kręgosłupie i układzie nerwowym, z elementów obecnych w tai chi i medytacji.

Efekty przychodzą od razu 🙂  Uczestnicy „przypominają” sobie, że są w ciele miejsca i mięśnie, o których w ogóle nie myśleli, że istnieją. Zauważają swoje możliwości i zakresy ruchowe, uczą się wspierać ruch oddechem i świadomym kierowaniem uwagi. Zauważają, jak wzrasta im życiowa energia, a jednocześnie są o wiele mnie spięci. Widzą, jak z tygodnia na tydzień widać stopniowe zmiany. Sami już coraz częściej dbają o prawidłową postawę ciała i właściwy oddech.

Bardzo mnie to cieszy i motywuje do pracy, widzę głęboki sens w tym, co robię. Psyche, Soma i Polis razem! W równowadze i  dbaniu o każdą z nich 🙂

Dopadł mnie kryzys… więc co z tą motywacją?

Piękny słoneczny i upalny dzień, sobota, przede mną kilka godzin wolnego czasu 🙂

Jedziemy do lasu pobiegać! W taki upał to jedyna fajna opcja, żeby potrenować. Czapka z daszkiem, leciutkie ubranie biegowe, krem z filtrem, soft flask z wodą – i w drogę!

Pierwsze dwa kilometry są całkiem fajne, cieknie ze mnie ale jeszcze jest to całkiem przyjemne. Ale im dłużej, tym gorzej. Zerkam na zegarek i widzę, że poruszam się wolniej, niż zwykle – a to mi się nie podoba. Powoli coś we mnie się naburmusza i złości, zaczyna podsuwać myśli, że jak to tak? Od ponad roku regularnie biegam, mam za sobą spore wyzwania, z którymi sobie poradziłam, a tu nagle upał mi przeszkadza? Że niby jakaś słaba jestem? I przychodzą kolejne myśli, że po co, że bez sensu, że nie daję rady, że chyba upadłam na głowę, żeby sobie takie słabe doznania fundować, że przecież nie znoszę się tak źle czuć… Zaczyna mi być niedobrze z gorąca i gdyby nie obecność mego towarzysza, który biegnie obok, poddałabym się. A tak, to jakoś udaje mi się wykrzesać resztki energii. On jeszcze spokojnie mi tłumaczy, że to normalne, że się tak źle czuję, że trzeba stopniowo przyzwyczaić organizm do innego rodzaju wysiłku. Trafia to do mnie i uspokajam się, jest trochę łatwiej. Ostatnie dwa kilometry jednak przebiegam wolno, robiąc kilka postojów kiedy znajdzie się cień. Jestem wykończona.

Szczerze i z ręką na sercu nie pamiętam, żebym doświadczyła takiego kryzysu biegowego jak teraz. Różnie bywało, szczególnie dlatego, ze przecież zaledwie 1,5 roku temu zaczynałam jako zupełnie początkująca i było naprawdę ciężko. Ale nigdy aż tak. Ciężko fizycznie, ciężko psychicznie – motywacja do kolejnych kroków coraz mniejsza… Razem w takich chwilach jest raźniej, to pewne 🙂 Widzę jednak wyraźnie jeden z aspektów motywacji: że mamy tendencję do motywowania się albo „do”, albo „od”. Czyli innymi słowy podążamy za czymś, czego chcemy, co jest celem i nagrodą, albo wybieramy to, co nas uwalnia od dyskomfortu, nie generuje wysiłku i nie stawia wyzwań – wtedy to samo w sobie już jest naszą wystarczającą nagrodą. I ja tak mam – brak dyskomfortu, wysiłku, wyzwań jest wspaniałą nagrodą 🙂 Medale czy współzawodnictwo mnie nie kręcą. Zastanawiam się, jak to jest, że biegam i dochodzę do wniosku, że z czasem polubiłam to i obudziłam w jakimś stopniu motywację wewnętrzną, szczególnie że regularny trening oznacza możliwość biegania w górach, a to jest przepiękne. Plus mam motywację zewnętrzną, bo jestem w klubie biegowym, gdzie treningi odbywają się regularnie. I tu chyba dobrze dla mnie, że nie kręci mnie współzawodnictwo, bo jestem tak bardzo na szarym końcu w porównaniu z innymi zawodnikami, że po pierwszym treningu zrezygnowałabym 🙂 A ja zostałam i robię swoje!

Ach ten stres! – moje wielkie zaskoczenie

Miałam wielką przyjemność prowadzić webinar „Stress management” dla dużej międzynarodowej firmy. Przyjemność, bo to ciekawy temat i bardzo się ludziom przydaje, są zaciekawieni i widać od razu, że mogą skorzystać.

Podczas webinaru mieliśmy i trochę podstaw na temat genezy stresu i zarządzania nim, i  trochę prostych, ale bardzo  przydatnych ćwiczeń i praktyk. Na koniec był czas na pytania. I tu czekało mnie wielkie zaskoczenie. Jednym z pytań było, skąd wiadomo, że się jest zestresowanym. Pytanie zadała osoba, która powiedziała też, że zupełnie nic o sobie pod tym względem nie wie. Że źle się czuje, nie ma energii ale nie wie, czy to może być stres.  Byłam wdzięczna za to pytanie. Zapomniałam już, jak to jest w ogóle siebie nie czuć, nie rozumieć swego ciała i nie odczytywać sygnałów. Pomyślałam, że od tego powinniśmy jako ludzie zacząć: od zatrzymania się, przypomnienia sobie jak to jest czuć, zauważać swoje reakcje, umieć zaobserwować swoje myśli i od nauczenia się na nowo siebie. Możemy wtedy rozpoznać swoje reakcje / przejawy świadczące o możliwym stresie. O ileż łatwiej jest wtedy dobrze o siebie zadbać i nauczyć się dobrych sposobów na stres.

Ja sama wiem, jak wiele mi daje uważność, skupienie na ciele i oddechu, przyjmowanie pozycji obserwatora wobec tego, co się wydarza, widzenie swoich schematów, które wpływają na sposób interpretowania rzeczywistości. Od wielu lat dzięki temu zdecydowanie lepiej sobie radzę w trudnych sytuacjach (i mniej pochopnie klasyfikuję je jako trudne czy dyskomfortowe), szybciej się uspokajam albo zauważam myśli, od których już tylko krok mnie dzieli od wejścia w uruchomienie się. Mogę się zatrzymać na czas, a jeśli nie uda mi się w tym momencie świadomie zareagować, zawsze jeszcze mam szansę później, kiedy mogę zauważyć, nazwać i zrozumieć swoje pobudzenie. Wtedy mogę nazwać niezaspokojone potrzeby i wymyślić adekwatny sposób zajęcia się nimi.

Niesamowite, co potrafimy sobie wkręcić i jak bardzo wprowadzamy się w stan niekorzystnego pobudzenia, jeśli w porę nie zrobimy pauzy i nie zatrzymamy tej spirali. Wtedy to, że ktoś nie ruszy natychmiast na zielonym świetle może wygenerować złość i stek przekleństw, a brak kawy, kiedy przyjdziemy rano do biura może nas wprawić w fatalny humor, który będziemy utrzymywać chodząc po firmie i psiocząc bez końca. I po co? Mam czasem wrażenie, że jesteśmy uzależnieni od tego pobudzenia, przeżywania skrajnych emocji, ekspresji tychże na różne sposoby… A pewnie nikt nas wcześniej nie nauczył adekwatnego podejścia do dyskomfortu czy problemów, nie pokazał jak można inaczej radzić sobie w trudnych sytuacjach. Życzyłabym sobie i nam, żebyśmy mieli coraz więcej okazji do dobrego dla nas  przeżywania wszystkiego, co się pojawia na naszej drodze. Żebyśmy się nawzajem uczyli lepiej sobie radzić i jak kręgi na wodzie rozprzestrzeniali to dalej.

 

„Wstydź się”

Byłam w teatrze na sztuce „Wstydź się”.

I śmiesznie, i strasznie. Śmiałam się, a za chwilę trochę ściskało mnie w dołku.

Temat wstydu to… wstydliwy temat. Bolesny, przykry i nieodłączny niestety. Mam wrażenie, że nawet nie zauważamy, jak często wstydzimy się my i ludzie wokół nas. Wstyd jest na porządku dziennym, wdrukowany nam jako reakcja sytuacje, w których myślimy o sobie jak najgorzej: że jesteśmy beznadziejni, głupi, źli, nie nadajemy się do niczego, kompromitujemy się i przynosimy sobie i innym zawód. Towarzyszy temu przekonanie, że to, jacy jesteśmy w swoich oczach, czyni nas niegodnymi bycia wśród innych, plami nas i naraża na odrzucenie. Wstyd jest toksyczny, działa jak trucizna i sprawia, że izolujemy się od innych. A im bardziej się izolujemy, tym bardziej cierpimy i tym większą kontrolę ma nad nami wstyd. Wg Hawkinsa odczuwanie wstydu jest bardzo bliskie śmierci, i jako takie jest najbardziej destrukcyjne ze wszystkiego, co czujemy. Jung nazwał to wręcz zjadaniem naszej duszy. Co mówimy, kiedy „najemy się wstydu”? „Straciłem twarz”, „Myślałam, że umrę ze wstydu” , „Chciałem zapaść się pod ziemię”, „Spaliłam się ze wstydu”. Przerażające, prawda? Wstyd jako narzędzie kontroli, którą sprawujemy sami nad sobą, w imieniu społeczności i środowiska, w którym żyjemy. Jesteśmy w większości świetnie wyuczeni, co to znaczy się wstydzić i za co.

Cóż by to był za świat, w którym nie byłoby wstydu 🙂 a w zamian byłby świadomy kontakt z uczuciami… Moglibyśmy adekwatnie wybierać swoje reakcje i działania, zamiast bać się wstydu i zapadać w jego otchłań. Nie zawstydzalibyśmy ani siebie, ani innych ludzi.

Antidotum na wstyd? Empatia i współczucie dla siebie, dzielenie się trudną sytuacją i uczuciami z innymi ludźmi, uważność, wrażliwość. Wstyd nie znosi dziennego światła i bycia odkrytym w obecności innych ludzi – bo znika, traci rację bytu, bo nie może już zawstydzać, izolować, karać odrzuceniem.              Gdy pozwolimy sobie na wrażliwe odsłonięcie się i przyjęcie życzliwej obecności drugiego człowieka, gdy damy sobie empatię i zrozumienie, gdy zaoferujemy to innym – wtedy jesteśmy prawdziwi i możemy adekwatnie radzić sobie z sytuacją. Zadziałać na rzecz naprawy tego, co nie wyszło albo co zrobiliśmy i teraz chcielibyśmy to cofnąć. Możemy coś zmienić i iść dalej, żyć dalej 🙂

Jak pokonałam swój lęk… Baran Ultra Race 2022

Kolejne wyzwanie za mną!
Zimowy Baran Ultra Race na Baranią Górę 🙂 25,7 km
Piękna pogoda i widoki!
I niezła adrenalina na trawersie – stromo, oblodzone i chwilami tak wąsko ze tylko na szerokość stopy – a ja bez raczków 🤣 No działo się!
Tym razem bieg zimowy, gdzie jak nigdy przedtem na żadnym biegu potrzebowałam być wsparciem dla samej siebie. Ten stromy, oblodzony i wąski trawers to było wielkie zetknięcie się z moim lękiem. Mam lęk wysokości i wrażenie zaburzenia równowagi, czasem wręcz mdłości, kiedy mam wejść na cokolwiek co nie ma barierek, albo jest prześwitujące czy ażurowe…. Kto doświadcza podobnych lęków, wie o czym mówię 🙂
A tu musiałam iść naprzód mimo wysokości i oblodzonej wąskiej stromizny. Dobrze było mieć w zanadrzu te najprostsze, a zarazem najskuteczniejsze sposoby na skupienie i uspokojenie. Wspierający dialog wewnętrzny, uwaga na oddechu, mantrowanie, perspektywa najbliższego kroku, nie dalej. Cały czas powtarzałam sobie: wdech i wydech Martuś; jesteś bezpieczna; teraz prawa noga bada gdzie może stabilnie stanąć, a teraz lewa noga; krok po kroku kochana, masz czas; weź wdech i z wydechem znów kolejny krok.
I tak przeszłam te najgorsze 100 metrów, uff…
A dziś w górach, na drugi dzień po tym doświadczeniu, zauważyłam, ze boję się takich miejsc o wiele mniej. Bardzo mnie to cieszy 🙂
Fakt, dziś na podejściu z łańcuchem mój lęk mnie pokonał i zrobiłam odwrót 🤣 ale już wiem, ze kolejny raz się uda.
0:09 / 0:21

Zimowy obóz biegowy

Ale zima! Ale widoki! Co za radość i zachwyt 🙂

Stopniowo, krok po kroku zwiększają się moje możliwości. Chwilami jestem totalnie poza strefą komfortu. Bieganie w kopnym śniegu, szukanie i przecieranie szlaku, kolejne kilometry w nogach – a ja jakoś dalej prę do przodu. Nie spodziewałam się tego 🙂 Na własnej skórze doświadczam prawdziwości słów, które słyszałam: że chcieć to móc, i że wszystko jest w naszej głowie 🙂

Codziennie zajęcia na sali sprawiają mi wielką przyjemność. Prowadzę świadome rozciąganie i pracę z oddechem, włączając sporo elementów jogi i mindfulness. Widzę efekty u uczestników prawie od razu 🙂 Więcej świadomości ciała, dbanie o precyzję, większa koncentracja, pogłębienie pozycji i zwiększenie zakresów w rozciąganiu. No i to świadome używanie oddechu! Jestem bardzo szczęśliwa 🙂